Stowarzyszenie Ekologiczno - Kulturalne "Wspólna Ziemia" - witamy na naszej stronie
Muzeum Mitologii Słowiańskiej
Biedronka Gąsienica

Bułka z masłem - Asia Milewska

Powrót

2010-05-10 Pierwsze wrażenia...

Na początku maja przylecieliśmy z Mihą do Malezji. Zostawiliśmy nasze prace w londyńskich biurach i zdecydowaliśmy się na podróż wzdłuż i wszerz południowo-wschodniej Azji.

Jednym z naszych celów jest dotarcie do parków narodowych i innych miejsc, w których - chronione bądź nie - widoczne są jeszcze pozostałości dzikiej przyrody na naszej planecie. Chcemy sprawdzić jak wyglądają różne formy ochrony przyrody w poszczególnych krajach i - ze względu na nasze “zboczenie zawodowe” (oboje jesteśmy architektami krajobrazu) - jakie rozwiązania zakresie ochrony czy też tworzenia miejsc związanych z naturą są w nich proponowane.

Takie są nasze cele, ale co uda nam się zobaczyć i do jakich informacji uda nam się dotrzeć uzależnione jest oczywiście od wielu czynników. Jednym z nich jest nasz ograniczony budżet.

Do Malezji dotarliśmy po nieprzespanym ostatnim tygodniu w Londynie. Mieszkanie oddane, nasze rzeczy rozdane, nasz stary żółty "garbusek" sprzedany, nasz pies zostawiony w Polsce u mamy; pożegnania z przyjaciółmi, pracą… Dzięki nieprzespanym ostatnim nocom w Europie nie mieliśmy problemów z przestawieniem się o 7 godzin do przodu.

Psychicznie przygotowałam się również do zmiany klimatu. Wiedziałam, że ciężko nam będzie przestawić się na gorący, wilgotny tropik, ale nie spodziewałam się tego, co na nas czekało. Wychodząc z samolotu, w pierwszym momencie myślałam, że mokry żar który buchnął na nas z całą swoją mocą pochodzi z silników sąsiedniego samolotu. Nawet Miha – Słoweniec przyzwyczajony do gorących środziemnomorskich klimatów – zaczął wyglądać niezbyt wyraźnie. Dla mnie – bliższej raczej norweskim lodowcom niż tropikom – pierwszym odruchem była chęć wskoczenia z powrotem do samolotu. Po kilku wdechach tej mokrej gorącej zupy, system oddechowy prawie odmówił mi posłuszeństwa. Czułam się zupełnie jak na innej planecie. Momentalnie oboje z Mihą zrobiliśmy się czerwoni, opuchnięci, zlani potem i tak ledwo zipiąc jakoś dotarliśmy do naszego hostelu.

Postanowiliśmy zatrzymać się w Kuala Lumpur na cały tydzień aklimatyzacji przed wyruszeniem do lasu deszczowego. Oboje wyglądaliśmy jak zmoknięte kury i podejrzewam, że mieszkańcy musieli mieć z nas niezły ubaw. No ale ponoć tak wygląda większość Europejczyków po raz pierwszy przyjeżdżających w tropiki.

Kuala Lumpur (KL) to prawdziwa metropolia – z wieżowcami, bankami i mnóstwem cudzoziemców przyjeżdżających tutaj na zakupy. Miasto powstało około połowy XIX wieku i ponoć zmieniło się nie do poznania w ciągu ostatnich 30-stu lat.

Stolica Malezji jest bardzo kosmopolityczna. Kulturowo-etniczna mieszanka widoczna jest nie tylko na ulicach, ale także i w architekturze. Bardzo często świątynia buddyjska znajduje się tuż obok meczetu i indyjskiego aszramu. Na ulicach jest bardzo kolorowo i z pozoru nikt nie zwraca uwagi na to, jak kto jest ubrany. Widać zarówno zakryte muzułmanskie kobiety, tradycyjnie ubrane w sari, Hinduski, jak i Chinki czy Malezyjki w europejskich strojach, czy też młodzież wszelkiej nacji w strojach subkultury, do której chcą się zaliczać. Mnogość zachodnich sklepów i biurowców przeplata się z tradycyjną tkanką miasta. Dużo tu zieleni i parków. Wąskie uliczki targów gdzie można kupić wszystko i zjeść też… prawie wszystko, leżą na poboczach szerokich ulic z placami, wieżowcami i kolonialnymi pozostałościami w postaci willi i pałaców z poprzednich wieków. Wielu Malajczyków mówi płynnie po angielsku – to też wpływ kolonializmu.

Zatrzymaliśmy się w China Town gdzie od razu znalazłam swój wegetariański zakątek. Południowo-wschodnia Azja to po prostu raj dla wegetarian! Jedzenie przyrządzane jest na ulicy, na bieżąco, jest więc zawsze świeże i widać co zostało do niego dodane. Ogólnie w tej części świata bardzo mało jest produktów gotowych. Mieliśmy straszne kłopoty ze znalezieniem prowiantu na naszą wyprawę do dżungli. Miha – jako jeszcze nie nawrócony mięsożerca – kupił suszone ryby i rybne puszki – mi zostały niestety tylko puszki z fasolką w sosie pomidorowym, którą karmiłam się przez 5 dni z rzędu naszego trekkingu po lesie deszczowym.

Wśród wielu lokalnych owoców zaciekawiły mnie lokalne banany, które od każdego sprzedawcy na targu smakują inaczej. Przyzwyczaiłam się do smaku z europejskich sklepów, który jest zawsze mniej więcej taki sam. Okazało się, że mają tutaj mnóstwo rodzajów bananów ale na eksport wysyłają tylko jeden, tak więc jeżeli chcecie spróbować smaku prawdziwych bananów, przyjedźcie do Malezji!

Nasi znajomi Chińczycy, którzy przyjechali tutaj z Londynu 6 lat temu na parę miesięcy i tak już zostali zakochując się coraz bardziej w tym kraju, poznali nas któregoś wieczoru z ich przyjacielem Elbertem – urodzonym w Malezji eko-plantatorem, który powiedział nam, że Malezja jest kolebką bananów, dlatego mają ich tutaj tak wiele rodzajów. Polubiliśmy go już po pierwszej wymianie zdań, gdy zaczął opowiadać o jego próbach wprowadzania zasad permakultury nie tylko na swoich plantacjach ale także i u swoich sąsiadów. Elbert organizuje warsztaty na których uczy innych plantatorów jakie to ważne żeby przynajmniej kilka procent obszaru plantacji zostawiać dla dzikiej przyrody, przekonując ich do bardziej przyjaznego naturze gospodarowania. Z błyskiem w oczach opowiadał nam jakie to dzikie zwierzęta odwiedzają jego plantację dzięki temu, że zawsze zostawia dla nich enklawy na podobnej zasadzie jak u nas pozostawia się na polach zadrzewienia śródpolne.

Wiadomo – plantacja zawsze będzie plantacja i na płacz się zbiera gdy widzi się wycięty pod nowe plantacje las deszczowy, ale na przykładzie Elberta widać pozytywne zmiany i wpływy jakim ulega Malezja.


Fotogaleria:
market...
McDonald do różnych sposobów się ucieka by zwabic klientow, w KL pracownice stoją na zewnątrz z dzwonkiem wymachując czerwoną flagą..
nasza ulubiona kawiarnia, gdzie przy kawie porozmawiac można np. z dzioborożcem

Drukuj treść

Zobacz archiwum