Wspólna Ziemia - Stowarzyszenie Ekologiczno - Kulturalne

Warning: strtotime(): It is not safe to rely on the system's timezone settings. You are *required* to use the date.timezone setting or the date_default_timezone_set() function. In case you used any of those methods and you are still getting this warning, you most likely misspelled the timezone identifier. We selected 'Europe/Berlin' for 'CEST/2.0/DST' instead in /var/www/vhosts/wspolnaziemia.org/httpdocs/Smarty-2.6.26/libs/plugins/shared.make_timestamp.php on line 34 Warning: strftime(): It is not safe to rely on the system's timezone settings. You are *required* to use the date.timezone setting or the date_default_timezone_set() function. In case you used any of those methods and you are still getting this warning, you most likely misspelled the timezone identifier. We selected 'Europe/Berlin' for 'CEST/2.0/DST' instead in /var/www/vhosts/wspolnaziemia.org/httpdocs/Smarty-2.6.26/libs/plugins/modifier.date_format.php on line 53 2014-01-29 - Anarchista w samorządzie?

Na wczorajszej (28.01) konferencji prasowej stowarzyszenia Projekt Chojnicka Samorządność zostałem wskazany jako jeden z kandydatów do Rady Miasta Chojnice z ramienia tej organizacji. Tak, podjąłem trudną decyzję o umoczeniu się w bagienku polityki, o chęci skorzystania z mechanizmu demokracji przedstawicielskiej w zbliżających się wyborach samorządowych.

Granica, którą świadomie (choć nie bez obaw) przekraczam jest symboliczna i najbardziej odczuwalna chyba dla mnie samego. Cztery lata temu na tym samym blogu argumentowałem dlaczego, pomimo zaproszeń, nie kandyduję do Rady Miasta. Pisałem wówczas, że wierzę w samoorganizację "ulicy" i że chcę stymulować i wspierać oddolne obywatelskie inicjatywy, które - jak zakładałem - mogą być siłami sprawczymi w lokalnej polityce miejskiej. I które, co nadal uważam za aksjomat, są najbardziej szczere, wartościowe i twórcze. Dziś weryfikuję swoje stanowisko. Ostatnie cztery lata pracowałem społecznie na rzecz zmian w mieście Chojnice. Z czystym sumieniem podsumowuję ten okres jako czas mojego pełnego zaangażowania w politykę miejską. Zaangażowania właśnie z perspektywy "głosu ulicy". I sięgam po kolejne narzędzie, które dotychczas świadomie bojkotowałem.

W latach minionych walczyłem o prawdziwe konsultacje społeczne. List stowarzyszenia "Wspólna Ziemia", Stowarzyszenia Arcana Historii, Zaborskiego Towarzystwa Naukowego i Fundacji Inicjwatyw Obywatelskich Marcina Fuhrmanna spowodował, że w trybie ekspresowym uwzględniono uwagi organizacji społecznych dotyczące projektu programu współpracy pomiędzy Gminą Chojnice a organizacjami pozarządowymi w roku 2011 . Zdemaskowałem Adama Chojnickiego, internetowego debila za grubo ponad 100.000 zł publicznych pieniędzy. Krytyka tej powiatowej inwestycji popłynęła ze wszystkich stron, o sprawie powiadomiłem także prokuraturę, jednak summa summarum temat rozszedł się po kościach. Wypowiadałem się o projekcie centrum kultury Balturium, o cmentarzu żołnierzy radzieckich, spierałem się z burmistrzem Finsterem o kulturę polityczną. Kpiłem z niewiedzy ratuszowego radcy prawnego, Roberta Wajlonisa, wskazując na jego błędne opinie prawne i udowadniając, że publicznie pouczony przeze mnie, później pocichutku naprawiał akty prawa miejscowego. Krytykowałem organizację miejskich imprez w oparciu o sponsorów będących spółkami miejskimi. Krytykowałem także sponsorowanie Drogi Krzyżowej przez samorząd Miasta Chojnice. Dokumentowałem i upubliczniałem niewłaściwe wykorzystywanie mienia chojnickiej Straży Miejskiej przez burmistrza. Krytykowałem także dyktatorskie zapędy tegoż. Bardzo mocno zaangażowałem się w protest przeciwko prywatyzacji ostatniego w Chojnicach przedszkola samorządowego. Niestety, burmistrz siłowo rozwiązał sprawę i zignorował całkowiecie głos opinii publicznej (nauczycieli, rodziców, związków zawodowych, organizacji pozarządowych). Zgłaszałem obiekcje co do sposobu podziału pieniędzy (grantów) dla organizacji pozarządowych przez zarząd Powiatu Chojnickiego. Powiat atakowałem także za nieprawidłowości w eksploatacji przyszpitalnej spalarni odpadów. Wykpiwałem antydemokratyczne wypowiedzi miejskiego radnego Stanisława Kowalika. Próbowałem integrować lokalne organizacje pozarządowe. Zabierałem publicznie głos w temacie miejskich środków przekazywanych na kulturę w mieście. Upominałem się o poprawę warunków pracy w ChDK oraz o budowę zapowiadanego od lat Balturium (przy okazji akcja kierowanego przeze mnie stowarzyszenia okazała się prorocza!). I ponownie obnażałem zakłamanie i niekonsekwencję naszego burmistrza. Piętnowałem niedemokratyczne zwalczanie demokratycznej opozycji. I ponownie to samo... Wałkowałem temat przerośnietych stypendiów sportowych dla sportowców, niekoniecznie chojnickich (jednak z chojnickiej kasy). Wiele energii straciłem na udowadnianiu oczywistości, czyli tego, że burmistrz Arseniusz Finster zagłuszał legalny protest obywatelski przeciwko prywatyzacji miejskiego przedszkola. Zadawałem trudne pytania miejskim urzędnikom, na które nie raczyli odpowiedzieć lub odpowiadali zdawkowo. Dociekałem dlaczego Miasto Chojnice przekazuje 250.000 zł dotacji na kościelne organy. Później reagowałem na ten (domniemany) samorządowo - kościelny przekęt. Interesowałem się miejskim mieniem sprzedawanym za bezcen pod pretekstem partycypacji nowego właściciela w remoncie.

I tak zleciały cztery lata na waleniu głową w mur! Lub - jeśli ktoś woli - na ciskaniu grochem o ścianę. Przede wszystkim ścianę chojnickiego Ratusza.

Zdarzało się (owszem!), że podnosiłem ciśnienie lokalnym kacykom. Lub, że zmuszałem ich do szybkiego reagowania na moje zarzuty. Snuli wówczas improwizowane bajeczki strawne dla ludu (który w swej masie nie dąży do prawdy i nie oczekuje pełnej transparentności, lecz jeno pięknych wizji, nadziei na lepszą przyszłość!). Ale to nie było to na co liczyłem. To nie był gniewny chóralny głos ulicy! To nie był punkt zwrotny, po którym zacznie się pożądane nowe, lepsze. Ostatnie cztery lata byłem chojnickim Don Kichotem. Zwalczałem potwory, które jednak dla większości potworami nie były (choć obiektywnie potworami są, daję głowę!).

W naszych Chojnicach idea wskrzeszenia społeczeństwa obywatelskiego, zaangażowanego, wnikliwego, oceniającego władzę i wymagającego wysokiego poziomu usług urzędników samorządowych nie sprawdziła się. Większość mieszkańców grodu tura ma wszystko w dupie (ujmując to kolokwialnie). Owszem, ponarzekać na bezrobocie, na trudne czasy; podeprzeć ciężar egzystencji ksenofobicznymi hasłami o mrocznych siłach judeo - socjalistycznych. Oto retoryka drobnomieszczańska, którą daje się słyszeć w sklepach i na ulicach Chojnic.

Więc sięgam (choć nie bez lęku) po kolejne narzędzie walki municypalnej. Po mandat radnego. To dla mnie novum prosić społeczeństwo o poparcie i o głos. Prosić o zaufanie. Dotychczas nie reprezentowałem nikogo prócz siebie samego i wąskiego grona osób współpracujących ze mną w działaniach stowarzyszenia "Wspólna Ziemia". Teraz proszę o zaufanie anonimowych dla mnie mieszkańców Chojnic. Robię to, świadomie, bo chcę "chojnicką ulicę" wnieść do sali obrad chojnickiego Ratusza. Aby głos, którego nie udało się wskrzesić w ciągu minionych czterech lat, miał swoją tubę w kolejnej kadencji.

W dużej mierze utożsamiam się z hasłami anarchizmu. Przymusowe opodatkowanie społeczeństwa uważam za zalegalizowaną kradzież. Lecz, gdy akt ten - siłą tradycji - się już dokonuje, za święte prawo obywateli uważam udział w redystrybucji danin na rzecz państwa. Zatem wszelkie formy partycypacji obywatelskiej uważam za warte wspierania. Jest to egzekucja tego, co nasze! Społeczeństwo obywatelkie, tak popularna dziś idea i hasło, jest postulatem anarchistów od XIX wieku!

Od kilku lat działam w Chojnicach w organizacji pn. Projekt Chojnicka Samorządność. To stowarzyszenie, które ma ambitny plan zapładniania umysłów członków lokalnej społeczności ideami obywatelskimi oraz, co jest współzależne, odebrania władzy obecnemu burmistrzowi, od 16 lat rządzącemu Chojnicami. I jego ekipie klakierów - marionetek. W organizacji tej działam obok monarchisty, postpiłsudczyków, konserwatywnych prawicowców i liberałów. Jestem najbardziej lewicowym skrzydłem PChS! Ale nie czuję dyskomfortu z tego powodu. Nie czuję się dyskryminowany i naznaczony jako mniejszość. Jest w tym jakaś magia lokalności. Prócz pryzmatu politycznego, światopoglądowego istnieje także inny - mędzyludzki, towarzyski. Potrafimy wyznaczyć wspólny dla wszystkich mianownik i na nim opierać nasze partnerstwo i wspólną aktywność. Naszym paradygmatem jest akceptacja paradygmatów partnerów.

Przed dwoma laty staliśmy z Marcinem Wałdochem (członek PChS o poglądach narodowo - patriotyczncyh) po dwóch stronach barykady podczas Marszu Niepodległości w Warszawie. Pomimo gradu kamieni i silnych emocji, jakie krążyły wówczas nad stolicą, nadal potrafię iść z Marcinem na piwo i dyskutować z nim kwestie pożądanych polityk municypalnych. Marcin nie jest człowiekiem NOP czy ONR (bo to by dyskwalifikowało go w moich oczach). Przed kilkoma laty potrafił publicznie zabierać głos w obornie chojnickich Romów. Często przybliża lokalnej społeczności historię przedwojennych Żydów chojnickich. Wbrew dominującym lokalnym trendom histograficznym nagłośnił także udokumentowany w epistolografii antysemityzm lokalnej ikony regionalizmu, Juliana Rydzkowskiego.

Chojnicki polityczny mainstream ma dość i Marcina Wałdocha, postrzeganego jako biegun prawicy, z łatką rusofoba, i mnie - wyszczekanego anarchisty z nieuprawnioną etykietą ekoterrorysty i zadymiarza. PChS zmieścił nas obu i całe spektrum pomiędzy. Oto pluralizm możliwy tylko w uwarunkowaniach lokalnych, gdzie "prawica" z "lewicą" wspólnie gra w piłkę i wspólnie tworzy think tank.

Z taką ekipą postanowiłem iść do wyborów samorządowych. Na przekór trendom, na przekór podziałom. Zaufałem ludziom, odkładając na drugi plan ich oficjalne etykietki.

A w sercu Kropotkin, Abramowski i Pussy Riot!


Fotogaleria:


Wiadomość pochodzi z serwisu wspolnaziemia.org